Podporucznik Aleksander Tarnawski, lat 94, jeden z ostatnich Cichociemnych


Zdumiewająca niespodzianka,przyjaciel mojego Taty, z którym razem przedzierali się do Francji.
Nie wiedziałem że jeszcze jest wśród nas.

Było ich dwóch braci , Aleksander i Stanisław.Ojciec przedarł się z Olkiem do Francji ,walczyli w  Pierwszej dywizji Grenadierów,Pierwszy Pułk Pomorskiej Artylerii Ciężkiej-mój Ojciec,Olek w  Pierwszym Pułku Piechoty
.Kapitulacja Francji rozdzieliła ich .Tata przedarł się do Kraju, gdzie działał w wywiadzie AK.
Olek trafił do Anglii i wyladował  jako „cichociemny”na Kresach.Ożenił sie „dziewczyną”z oddziału w stopniu majora..Staszek na Podhalu razem z moim stryjem walczył w AK,oddział”Adama”itd…
Ruskie trolle pocałujcie się……,nie wybiliscie nas….

Aleksander Jan Michał Tarnawski pseud.: „Upłaz”, „Wierch” (ur. 8 stycznia 1921 w Słocinie (obecnie część Rzeszowa) – polski inżynier chemik, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, oficer Armii Krajowej, podporucznik broni pancernej, cichociemny.

Życiorys

Po ukończeniu Gimnazjum Państwowego w Chorzowie w 1938 roku rozpoczął studia na Wydziale Chemii Uniwersytetu Lwowskiego.

We wrześniu 1939 roku nie został zmobilizowany. Został zatrzymany przez milicję radziecką w Drohobyczu. Po zwolnieniu 26 października przekroczył granicę polsko-węgierską. Po ucieczce z obozu dla uchodźców w grudniu dotarł do Francji, gdzie został przydzielony do 1 batalionu 1 Pułku Piechoty 1 Dywizji Grenadierów. Od kwietnia 1940 uczył się w Szkole Podchorążych Piechoty w Camp de Coëtquidan. Po upadku Francji ewakuował się do Wielkiej Brytanii, gdzie przeszedł pod brytyjskie dowództwo i został skierowany do Szkoły Podchorążych Broni Pancernej w Crawford. Od października 1941 roku do 22 maja 1943 roku służył w 1 Pułku Pancernym 16 Brygady Pancernej, a później 1 Dywizji Pancernej.

Zgłosił się do służby w kraju. Po konspiracyjnym przeszkoleniu w dywersji i broni pancernej został zaprzysiężony 23 września 1943 roku w Oddziale VI Sztabu Naczelnego Wodza. Po odbyciu stażu w oddziałach brytyjskich został przetransportowany do Głównej Bazy Przerzutowej w Brindisi we Włoszech. Zrzutu dokonano w nocy z 16 na 17 kwietnia 1944 roku w ramach operacji „Weller 12” dowodzonej przez kpt. naw. Edwarda Bohdanowicza. Zrzut odbył się na placówkę odbiorczą „Kanapa” położoną koło wsi Baniocha. Po aklimatyzacji wWarszawie i w Świdrze dostał w maju przydział do Okręgu Nowogródek AK, gdzie dotarł jako członek organizacji „Todta” 22 czerwca wraz z cichociemnym Gustawem Heczką, z którym razem skakali do Polski. Tam służył jako oficer 3 kompanii 7 Batalionu 77 Pułku Piechoty AK. Po operacji „Ostra Brama” i zajęciu Okręgu przez wojska radzieckie, w grupie ppłk. Janusza Szlaskiego przedostał się przez Grodno,Białystok i Lublin do Otwocka.

W 1945 roku otrzymał pracę w Polskim Radiu w Warszawie. Później pracował jako:

  • laborant w kopalni węgla kamiennego Walenty Wawel w Rudzie Śląskiej (1945–1947),
  • młodszy asystent, a później starszy asystent w katedrze Chemii Fizycznej Politechniki Śląskiej (1948–1961),
  • adiunkt w Instytucie Metali Nieżelaznych (1961–1963),
  • starszy inżynier laboratoryjny (od 1964 – kierownik w Zakładzie Pigmentów) w Instytucie Przemysłu Tworzyw i Farb w Gliwicach (1963–1990).
  • starszy specjalista tamże w wymiarze pół etatu (od przejścia na emeryturę w 1990 roku do końca 1994 roku).

W okresie 1947–1949 studiował na Wydziale Chemicznym Politechniki Śląskiej. Studia te ukończył z tytułem magistra inżyniera chemika.

Aleksander Tarnawski mieszka w Gliwicach. 7 września 2014 roku, w wieku 93 lat, wykonał skok spadochoronowy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Podporucznik Aleksander Tarnawski, lat 94, jeden z ostatnich Cichociemnych

  1. zenobiusz pisze:

    Lubię

  2. zenobiusz pisze:

    Lubię

  3. zenobiusz pisze:

    Lubię

  4. zenobiusz pisze:

    http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1614695,1,rozmowa-z-aleksandrem-tarnawskim-cichociemnym.read

    Z tyłu nie ma nic

    Z Aleksandrem Tarnawskim ps. Upłaz, lat 93, jednym z trzech żyjących wciąż cichociemnych, o tym, dlaczego się skacze i dlaczego jeszcze wszystko przed nim.

    Juliusz Ćwieluch: – Dlaczego zdecydował się pan na skok?
    Aleksander Tarnawski: – O który pan pyta?

    A który był ważniejszy?
    Chyba ten ostatni, bo chciałem sprawdzić siebie. Można dużo o sobie mówić, ale dopiero w praktyce widać, jak jest naprawdę. Zastanawiałem się, czy w wieku 93 lat jestem jeszcze zdolny do tego, żeby przełamać strach. To było dla mnie bardzo ważne. Ku memu zdumieniu zupełnie nie zrobiło to na mnie wrażenia. Skok, jak skok.

    Ten z 16 kwietnia 1944 r., kiedy startuje pan z bazy we włoskim Brindisi i kilka godzin później ląduje pod okupowaną Warszawą, też nie zrobił na panu wrażenia?
    Nie. Nawet nie zaziębiliśmy się nad Tatrami.

    To jakiś szyfr?
    Żartowaliśmy, że jak ktoś poleciał do kraju, a zrzut się nie udał i trzeba było wracać, to mówiło się, że złapał katar nad Tatrami. Niektórzy wracali po dwa, trzy razy. Nam się udało skoczyć za pierwszym razem.

    A dlaczego pan skoczył?
    Nie wiem, czy pana nie rozczaruję. Ja po prostu byłem już tym wszystkim znudzony. Siedzieliśmy w Szkocji, ćwiczyliśmy. Z mojej perspektywy beznadziejnie traciliśmy czas. Jak człowiek ma 20 lat, a wokół szaleje wojna, tak to właśnie widzi. Gdyby ktoś się zjawił i zaproponował, żebym skoczył robić dywersję w Grecji, to z równą chęcią bym skoczył. Byłem wychowany w atmosferze patriotyzmu i to na pewno miało jakiś wpływ na moją decyzję. Ale nie zasadniczy.

    Zaskoczyła pana rzeczywistość w Polsce?
    Byliśmy trochę przygotowani i poinstruowani o tym, co możemy zastać w Generalnej Guberni. Zaraz po skoku pojechałem do miasta i od razu udałem się na adres kontaktowy. Czułem się mimo wszystko swobodnie. To nie było dla mnie jakieś bolesne przejście z jednej rzeczywistości do drugiej. Może dlatego, że nie spodziewałem się za wiele. Mieszkanie łącznikowe znalazłem bez problemu. Plan miasta miałem wykuty na pamięć, żebym nie wzbudzał podejrzeń.

    Pan miał wspierać operacje na Wileńszczyźnie.
    Operacje to duże słowo. W rejonie Grodna była partyzantka polska, rosyjska i dzikie bandy jakiejś hołoty, rabusiów. I wszystkie te partyzantki nękały miejscową ludność. Każdy przychodził, żądał żarcia i nic za to nie płacił. Tak, proszę pana, wygląda wojna.

    Wy też zabieraliście?
    No pewnie. A skąd mieliśmy mieć jedzenie. Nikt za to nie płacił, bo po co. Jak ktoś ma broń, to jest panem.

    Czym jest dla pana wojna?
    Dla mnie wojna to jest stracony czas.

    Przecież pchał się pan na tę wojnę.
    Można i tak to ująć. Okres międzywojenny to był czas budowania nowego państwa. Silnego patriotyzmu. Urodziłem się pod Rzeszowem. Ale całe dzieciństwo i młodość spędziłem w Chorzowie w dawnej Królewskiej Hucie. Moi rodzice byli nauczycielami. Uczyli polskiego. Jak nastała wolna Polska, to zdecydowali się przeprowadzić na Śląsk, żeby kształtować polskość na tych terenach. W takim duchu mnie wychowali. Skoro przegraliśmy wojnę, a była jakaś szansa dotarcia do odradzającej się we Francji polskiej armii, to było naturalną rzeczą, że tam się kierowałem.

    A gdzie pana zastała wojna?
    W Rabce. Moje ciotki miały tam dom, w którym spędzaliśmy wakacje. W miarę jak Niemcy zajmowali kolejne tereny, rząd wzywał, żeby wszyscy mężczyźni przesuwali się na wschód, bo tam miała być tworzona jakaś armia. My z ojcem i bratem zaczęliśmy iść na wschód, ale to było beznadziejne. Ojciec i brat wrócili do Rabki. Ja poszedłem do Lwowa, bo tam studiowałem i znałem miasto. Jak Niemcy podchodzili pod Lwów, to ja w tym rozpędzie poszedłem dalej. Doszedłem do Tarnopola.

    To ponad 500 km.
    Wszystko na piechotę. Ale w tamtych czasach to nie był jakiś niezwykły wyczyn. Rosjanie weszli, jak byłem już w Tarnopolu. Nie aresztowali mnie, bo też nie dałem im szansy. Z Tarnopola poszedłem na Węgry. A stamtąd przedostałem się do Francji. Później do Anglii. Długi był ten spacer z Rabki. Ale kto mógł przewidzieć, że ta wojna będzie tak długa. Ja zresztą niewiele wtedy myślałem. Dopiero w czasie wojny otworzyły mi się oczy na wiele spraw. Na ten bezsens i głupotę. Na wojnie najlepiej czują się idioci. Zwłaszcza jeśli da się im jakąś władzę. Dużą czy nawet małą.

    Lubię

Możliwość komentowania jest wyłączona.