..środa, 13 maja 2015,nie piątek…


http://danitheprince.blogspot.com/

O tym i owym… Jak wszelakie rzeczy podług mnie się mają…

środa, 13 maja 2015

  O tym, co warto…
 
– Lista chorób rzadkich to około 6-7 tys. Pozycji […]W sumie w Polsce cierpi na nie 6-8 proc. obywateli, czyli 2-2,5 mln ludzi.
Poza tym,[…] wiele przypadków jest niezdiagnozowanych, a jedynie dla 1 proc. chorób rzadkich w naszym kraju dostępna jest oferta lekowa[…]
Przeglądając poranną prasę natrafiłem na pewien artykuł…
Skłonił mnie on do pewnych rozważań na temat tego, z czym musi zmierzyć się osoba napiętnowana znamieniem „choroba rzadka” .
Nieumiejętność postawienia diagnozy często sprawia, że lekarze, za taki stan rzeczy obarczają pacjenta…
    – To są jakieś zaburzenia psychiczne – nie jeden powie. – Proszę skorzystać z pomocy psychiatry, psychologa.
   – To zapewne wynik przemęczenia, stresu, czy braku właściwych ćwiczeń – wymyśli inny.
   – Na pewno pan „wyolbrzymia” – mój ulubiony…
   A tu boli… i znikąd rady, pomocy…
Zaczyna się szukać informacji na własną rękę, wpierw w stronach polskojęzycznych. To jest jednak daremne.
W końcu pada diagnoza. Złowieszcza, niepozostawiająca złudzeń. Jest to owo niewiadomo co na które nie istnieje lekarstwo… A przynajmniej u nas. Skazuje to diabelstwo na ból i wykluczenie społeczne do końca życia, bez żadnej ścieżki ratunku. Pacjent dowiaduje się, że polski system opieki medycznej nie posiada żadnego schematu postępowania w takich przypadkach, a to ze względu na rzadkość ich występowania.
Pozostajesz się człowieku sam… Wokół pustka, brak nadziei.
Można sobie spróbować wyobrazić ten ból nerwów, co to takiego?
Ano… by uzmysłowić Tobie, drogi Czytelniku, jak boli nadmiernie drażniony nerw, proszę wyobrazić sobie uczucie, które towarzyszy przy umierającym zębie. Właśnie tym, w którym pojawiła się „zgorzel”, która nie dość, że łupie czaszkę to jeszcze promieniuje. Takim, do leczenia kanałowego. To coś, co odczuwa się w szczęce, żuchwie, a nieraz i w połowie twarzy. Nieubłagany,  nieprzerwany ucisk, który sprawia, że głowa pęka. I to jest właśnie ten ból, który towarzyszy nadmiernemu drażnieniu zakończeń nerwowych, jaki towarzyszy miopatii.
Ci wszyscy, którzy mieli do czynienia z prawdziwie koszmarnym bólem zęba, łupiącym czaszkę są w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo cierpi ów chłopak, z artykułu, do którego link widnieje powyżej.
Zaintrygowało mnie, kim jest ten młody człowiek, proszący Nas o pomoc.
Wyszukiwarka: Michał Grzywna:
Wyniki… hm… parę artykułów, nieco zdjęć, filmiki na youtubie.
Wpierw teksty:
„Serce muzyka nigdy nie przestaje grać.[…]  Wszystkie komórki mojego ciała, miliony czerwonych krwinek, tryliony DNA wypełnia w całości niepowtarzalna, nieuchwytna i najpiękniejsza muzyka, którą zamiast krwi przetacza moje serce.[…] Nawet jeżeli w pewnym sensie utraciłem kontrolę nad swoim życiem, wiele rzeczy mi odebrano, to muzyka wyzwala we mnie wolność, której nikt i nic nie jest w stanie mi odebrać.[…].
O chorobie:
„Choruję na miopatię – nieuleczalną chorobę, która prowadzi do osłabienia i zaniku mięśni.[…] Obecnie nie mogę się uśmiechać, mam poważne problemy z mówieniem i jedzeniem oraz żyję z ciągłym, niesamowicie silnym bólem twarzy, którego nie da się niczym uśmierzyć (nie reagował nawet na maksymalne dawki morfiny).[…] Jedynym skutecznym sposobem leczenia jest specjalistyczna operacja autoprzeszczepu mięśni twarzy (Gracilis Muscle Transfer), która jest wykonywana w USA.[…] została wyceniona aż na 150 000 dolarów.[…]”
– 150000 dolarów – myślę sobie przełączając na grafikę i filmy.
Na pierwszym zdjęciu widzę młodego człowieka z rozwianą czupryną, ma na sobie sweter w paski. Taki ktoś, jakich wielu w życiu, poznałem i z jakimi się przyjaźnię. Z tą różnicą, że ci pozostali w twarzach mieli beztroskę… u tego Chłopca widzę kamienną twarz i tylko oczy wyrażają smutek… Siedzi ów młodzieniec na pomarańczowej składanej kanapie w niewielkim pokoiku, takim jakich pełno w polskich domach i mieszkaniach…
Jeszcze kilka innych zdjęć: głownie z imprez charytatywnych i koncertów. Jakiś filmik…
Kiedy jest na scenie widać pasję, zaangażowanie, chęć działania wolę życia. I tylko plaster na policzku zdradza ponurą prawdę.
– Hm – myślę pogrążając się w zadumie. – Sam musiał znaleźć materiały na obcojęzycznych stronach. Tłumaczyć dokumentację, szukać kontaktu z lekarzem w stanach.
Pomyślałem sobie, że przecież NFZ w niczym tu nie pomoże. Ot, taka rzeczywistość.
Wyobraziłem sobie radość, nadzieję, jaka zapewne musiała Mu towarzyszyć w chwili, kiedy się okazało, że istnieje terapia, szansa na pomoc… I kubeł zimnej wody jakim była zapewne cena…
Wówczas pojawiło się zwątpienie… Nierealność osiągnięcia tejże pomocy z uwagi na pieniądze… Cholera jest wszystko, a przecież chodzi tylko o kasę…
Skądś to znam. Kiedyś… Dawno sam się z podobnymi zagadnieniami mierzyłem… Kiedy okazało się, ze moje Ukochane Dziecko ma bardzo rzadko występującą wadę rozwojową…
To zagubienie, szok, poszukiwanie jakichkolwiek strzępków wiadomości na temat… Konsultacje z lekarzami. Wielu pracowników opieki medycznej wykazało w stosunku do nas masę współczucia i życzliwości. Ale byli też szarlatani… Tacy, co chcieli dzieciaka kastrować i pozbawiać Jego własnej osobowości. Ci właśnie krzyczeli najgłośniej. W swej ignorancji i braku wyczucia przekonywali, że wszędzie lekarze myślą podobnie.
Na szczęście byli w błędzie.
Pamiętam wówczas, że też, tak jak Michał poszukiwałem pomocy. Załamywaliśmy z żoną ręce, widząc astronomiczne ceny kuracji.
Pamiętam również dobrych ludzi z tego okresu… którzy po prostu pomagali. Lekarze, pielęgniarki, osoby cywilne a nawet prokuratorzy i sąd w Bydgoszczy.
Dzisiaj mój Synek jest po operacji i kilkunastu zabiegach. Choć jeszcze długa droga przed Nim, to na razie ma się dobrze.
 Jeszcze raz zerknąłem na zdjęcie Michała, siedzącego na składanej kanapie w swoim pokoju. Czyjeś dziecko, czyjś brat, wnuk, przyjaciel. I ta astronomiczna, dla wszystkich nas kwota… Pomyślałem sobie, że szkoda chłopaka, bo takie obciążenie finansowe przerasta niemal każdego…
– No tak, „każdego” – rzekłem do siedzącego ze mną NN. – Ale przecież nie wszystkich nas!
– Co masz na myśli? – Spytał.
– Jest nas trzydzieści osiem milionów – stwierdziłem. – Gdybyśmy urządzili zrzutkę i każdy przeznaczyłby złotówkę? To kwota starczyłaby na kilkanaście takich operacji…
– Chłopie, zejdź na ziemię – mruknął NN. – Kto ci przyłączy się w dzisiejszych czasach do takiej zrzutki?
– No nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Po rozłożeniu budżetu miesięcznego zostało mi jakieś trzy dychy… wyślę przekazem i cześć!
– No i co to da? – Uśmiechnął się krzywo NN. – Te twoje trzy dychy to jest nic – parsknął z pogardą. – Kropla…
– Chłopak zasługuje na wsparcie – rzekłem. – Mimo ciężkiego stanu zdrowia walczy. Próbuje realizować siebie, tyle na ile pozwala Mu choroba. Ma w sobie durzy hart ducha, a to w dzisiejszych czasach towar deficytowy… Zasługuje na to, by go wspomóc.
– To jesteś jednym z nielicznych, którzy tak myślą. – Powiedział NN. – Myślisz, że jest wielu takich, którzy z czystej dobroci serca wydadzą  swą ciężko zarobioną „krwawicę” na operację jakiegoś muzyka? Większość palcem nie kiwnie. A wiesz dlaczego?
– No powiedz – mruknąłem.
– Ponieważ dla każdego jego własny, choćby najdrobniejszy dramat, będzie gorszy, aniżeli największy dramat zupełnie obcej osoby!
– Mijasz się z prawdą – stwierdziłem. – Czytając o cudzych dramatach, wielu z nas potrafi nabrać dystansu do własnych problemów. A w większości z nas jest współczucie i chęć pomocy. Takiej bezinteresownej, niesionej innym. A jeżeli owa chęć się w nas rozmywa, to dlatego, że nie potrafimy jej odpowiednio ukierunkować. Jak, przeciętnemu Kowalskiemu powiesz: „o, tu i teraz, możesz w ten a taki sposób pomóc…” on pomoże.
– Coś ty – żachnął się NN. – Oglądasz telewizję, słuchasz radia, czytasz gazety. Powodzie, zamachy, trzęsienia ziemi, spadające samoloty, wypadki drogowe i kolejowe, wojny, głód. Ciągle coś się dzieje. Od tego wszystkiego ludzi ogarnia totalna znieczulica. Musi tak być, bo inaczej każdy z nas by zwariował, nie mogąc udźwignąć ciężaru ludzkiej niedoli! Świat jest niesprawiedliwy, pogódź się z tym.
Zerknąłem jeszcze raz na zdjęcie Michała. Młody pogodny człowiek  Jakże to tak, pozostawić go bez pomocy? Kiedy można coś zrobić?
– Wszystko rozumiem – powiedziałem. – Zazwyczaj nie przejmujemy się, nie zadręczamy, żeby nie zginąć. Bo przecież nie jesteśmy w stanie zakończyć czyjejś wojny, zatrzymać trzęsienia ziemi, czy złapać spadającego samolotu! Ale wysupłać kilka złoty, by uratować życie młodego człowieka? Jednego z nas? To nie przekracza naszych możliwości… Mało tego, niesie nadzieję, że jeżeli… tfu…tfu… w podobnej sytuacji znajdzie się moje dziecko, żona, matka, ojciec, czy ja sam, to znajdą się tacy, co pomogą…
– No może i ma to jakiś sens – zgodził się ze mną, ale tak od niechcenia NN. – Może ja też coś dorzucę? Mam przy sobie – zaczął grzebać w kieszeniach spodni. W końcu wyciągnął pognieciony banknot – pięć dych. A też wyślę… ale nie myśl, że zmieniłem zdanie – zastrzegł. Nadal nie jestem przekonany czy to przedsięwzięcie się opłaci.
– Powiesz mi, czemu w takim razie wysyłasz pieniądze? – Spytałem zaintrygowany.
– To trudne pytanie – próbował zbyć mnie NN.
– No daj spokój, przecież możesz powiedzieć czemu angażujesz się w akcję, skoro w nią nie wierzysz?
– A, z tego samego powodu, dla którego wierzę w Boga…
– Wierzysz? Patrz nie wiedziałem…
Szczerze się zdziwiłem, gdyż nigdy nie posądzałem NN-a z jego wiecznym oportunizmem o wiarę w Boga.
– Prosta kalkulacja – powiedział mi po chwili namysłu. – Jestem niemal zupełnie pewny, że Go nie ma. Tak na dziewięćdziesiąt procent… Ale dziewięćdziesiąt to nie sto… Więc co, jeżeli się jednak mylę? Bóg istnieje i czuwa nad porządkiem wszechrzeczy? Znaczyłoby to tyle, że jest również niebo i piekło. A co za tym idzie, będąc zatwardziałym ateistą skazałbym się na wieczne potępienie. Poświęcenie odrobiny czasu, żeby pójść do kościoła, pomodlić się, to nie jest wygórowana cena. Bo co tak naprawdę ryzykuję? Jako zatwardziały ateista ryzykowałbym życie wieczne. A jeżeli nawet taki niewierzący miałby rację, to przecież i tak po śmierci nie zaśmieje mi się w twarz, bo będzie martwy. Tak więc sam widzisz, że nie opłaca mi się kompletnie nie wierzyć.
Tak samo z resztą jest z datkiem dla Michała. W prawdzie nie wierzę w to, że uda się uzbierać odpowiednią kwotę, ale co jeżeli się mylę? I te moje pięć dych to byłoby to, co właśnie zabrakło? To co miałbym myśleć o sobie? A tak, wpłacam kilka złoty i zyskuję szansę, że jeżeli ta kwota, zadecyduje o uratowaniu tego chłopaka, to zapunktuję u tego na górze – wskazał palcem w niebo. – Zakładając, że On jednak istnieje. Tak więc widzisz – wiele korzyści.
– Jakby nie było – rzekłem. – Grunt, że pomagasz.
– Tyle, że ja, robię to z czystego pragmatyzmu – stwierdził NN. – A ty? Już wiem! Ostatnio dwie przedwczesne śmierci w rodzinie. Na pewno odcisnęły piętno na twojej decyzji.
– Jest zasadnicza różnica pomiędzy tamtymi przypadkami, a tym Michała – stwierdziłem. – Nowotwór złośliwy mózgu – glejak. I rak trzustki są zabójcze. Nie móc nic zrobić, a nie zrobić nic, to dwie zupełnie inne sprawy. Im nie dało się pomóc, Michałowi owszem, można…
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „..środa, 13 maja 2015,nie piątek…

  1. zenobiusz pisze:

    Z maila

    Dobra proza, ciekawe przemyślenia, niebanalna codzienność.

    Zapraszamy

    Lubię

  2. zenobiusz pisze:

    Kroniki Wiecznego królestwa – Upadek Eden

    26 A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»
    27 Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. 28 Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». 29 I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. 30 A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. 31 A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień szósty.

    „Księga Rodzaju” Rozdział 1

    Długa, zima, wywołana ogromnym kataklizmem dobiegała końca. Minęło siedem lat, od czasu, kiedy to wielki, sztuczny kontynent, leżący na oceanie Atlantyckim skryły fale. Gigantyczne tsunami poniosło warstwę wody błota i piachu, zakrywając ogromne połacie lądu. Gęsta pokrywa mułu, spoczęła na wybrzeżach morskich na obu krańcach oceanu. Zaburzenia prądów morskich, wywołane zatonięciem kontynentu sprawiły, że północne strefy planety zaczął na powrót ogarniać lodowiec, kończąc trwający 60 tysięcy lat okres interglacjału.
    W pobliżu obszaru, zwanego w późniejszym czasie Mezopotamią budziła się jednak wiosna. Ziemia zaczęła się zmieniać. Warstwa okrywających niebo chmur poczęła rwać się, odsłaniając błękitne niebo. Oświetlane życiodajnymi promieniami słońca rośliny zbudziły się z zimowego snu. Pośród skał pojawiły się najpierw drobne, zielone pędy. Z czasem przybierały coraz większe i bardziej zróżnicowane formy.
    W niektórych rejonach opustoszałego od lat lądu klimat niemal zupełnie wrócił do normy. Zamiecie śnieżne, huragany wolno traciły na sile, ustępując miejsca błękitnemu niebu oraz słońcu.
    W tym trudnym, zabójczym klimacie trwało wiele gatunków zwierząt i roślin, na całym globie pozostało jedynie kilka miejsc, w których brakowało życia, walczącego o przetrwanie.
    Większość wybrzeży morza Śródziemnego, wciąż jeszcze okrywały śniegi, jednak w pobliżu zwrotnika klimat przypominał już ten sprzed zimy. Było tam ciepło, życiodajne wody dwóch wielkich rzek, okalających krainę pomiędzy sprawiał, że okolica tętniła życiem. Pośród szuwarów, błotnistych bagien, lasów oraz sawanny, obejmujących dorzecze dwóch wielkich rzek: Wypływającego z odległego masywu Ararat, Purattu na zachodzie. Oraz okrążającego półwysep od wschodu Chiddekel, ze źródłami w łańcuchu górskim Taurusu, na północy.
    Tam właśnie powstała wielka, otoczona wysokim murem oaza, kryjąca w swoim wnętrzu ogromne bogactwo gatunków flory i fauny. Tajemniczy ogród stanowił zieloną wysepkę, pośród wyjałowionych, pożółkłych traw oraz piasków. Panował w owym ogrodzie ład i harmonia, niezbędna do przystosowania żyjących tam gatunków do trudnej walki o przetrwanie.
    W gęstwinie kwitnących wszelkimi kolorami kwiatów, obsypanych zielenią liści drzew, owoców, traw i mchów. Wśród wypełnionych czystą wodą sadzawek, strumieni i stawów. W ciszy polan, sadów i ogrodów mieszkało dwoje ludzi. Adam i Ewa, (takie imiona nadali im „opiekunowie”), codziennie zajmowali się pozostałymi stworzeniami, żyjącymi w ogrodzie. Praca nie była ciężka i sprawiała im przyjemność. Byli jak dzieci, bawiące się w gospodarstwo i tak też traktowali swe obowiązki. Jak nową przyjemną zabawę. Ludzie otrzymali od Boga najdoskonalsze narzędzie w walce o przetrwanie: inteligencję, to dzięki niej, właśnie Adama i Ewę „opiekunowie” uczynili władcami tej niezwykłej krainy. Całe Eden było do dyspozycji obydwojga, wyjątek stanowił jeden niewielki fragment, była to polana na północy, po środku której rosło olbrzymie, stare drzewo rodzące dziwne owoce. Do tego miejsca zwykle przybywali „opiekunowie”. Granica polany stanowiła miejsce spotkań, w którym to człowiek mógł rozmawiać z istotami, które roztaczały nad nim troskę. Opiekunowie nigdy nie opuszczali wyznaczonego im terenu, rozmawiali z ludźmi na jego skraju. Niewysokie, półmetrowe ogrodzenie stanowiło granicę, ogrodu dostępnego dla ludzi i miejsca w którym przebywać mogli An’Hariel – tak mówili o sobie założyciele ogrodu.
    Przez wiele lat Eden stanowiło harmonię, najdoskonalszą w całym wszechświecie, wszystkie stworzenia w ogrodzie prowadziły beztroskie życie w pokoju i dobrobycie, lecz wkrótce ta idylla miała się zakończyć.
    Trójkątny prom kosmiczny, wyleciał znad chmur, kołując nad dorzeczem zanurkował ku ziemi. Pojazd zawisł nad sawanną, wysunął podwozie i wolno opadł na ubite klepisko, leżące tuż przy bramie, po północnej stronie wysokiego na sto metrów ogrodzenia. Minęła chwila nim wzbite tumany kurzu opadły. Ciężka metalowa przegroda w burcie statku kosmicznego podniosła się. Długa rampa została wysunięta z wnętrza, następnie opadła na piaszczyste podłoże. Z pojazdu wysiadła grupa przybyszów. Goście wolno zeszli po wysuniętym pomoście na ziemię. Odziani byli w biomechaniczne pancerze, chroniące przed zgubnym wpływem klimatu, panującego na planecie. U każdego z przybyłych widoczne były na plecach błękitne, mieniące wstęgi, ułożone w kształt przywodzący na myśl skrzydła.
    Grupa ruszyła w kierunku ogromnych, metalowych wrót, odgradzających drogę do Eden. Zatrzymali się przed wejściem, wielkimi wrotami, zaciśniętymi zamkiem magnetycznym. Z boku, w murze, przy przegrodzie umieszczona była niewielka tablica rozdzielcza. Jeden z przybyszów udał się w stronę konsoli, zamontowanej tuż przy prawym skrzydle. Otworzył przeźroczystą osłonę klawiszy i wstukał sekwencję.
    – Kod został przyjęty – powiedział wygenerowany przez komputer głos – podaj swoje dane.
    – Archanioł Lucyfer – rzekł przybysz – uprawnienia dostępu, wersja jw-18-94-ag.
    – Witam cię panie – odezwał się głos.
    Stalowe wrota zgrzytnęły, grube łańcuchy wciągnęły je ku górze otwierając drogę do Eden. Załoga statku kosmicznego weszła do środka, widok jaki ujrzeli zapierał dech w piersiach. Wokół roiło się od kolorowych motyli, podróżujących pośród wszelkiej barwy kwiatów, zielone liście łagodnie kołysały się na wietrze, wywołanym przez potężne pompy, filtrujące powietrze. Ze sztucznych pagórków i skałek porośniętych trawom i mchem spływały wodospadami czyste strumienie, zapełnione narybkiem różnego gatunku. Świeże krystaliczne powietrze, łagodny, harmonijny śpiew ptaków potęgowały uczucie błogości jakie towarzyszyło każdemu, kto wstępował w bramy ogrodu. Pogrążeni w zachwycie goście, nie zauważyli, że za bramę prócz nich wśliznął się ktoś jeszcze. Był to niewielki wąż, zwierzę szybko niczym strzała wpełzło w trawę, kryjąc się przed ciekawskimi spojrzeniami.
    Przy wejściu czekała już na przybyszów delegacja powitalna, wszyscy, z takimi samymi „świetlistymi skrzydłami”, wyrastającymi z pleców odziani w pancerze tego samego typu jak goście. Na czele personelu Eden stał młody An’Hariel odziany w złoto biało błękitną zbroję, miał długie jasne, lekko kręcone włosy, i przenikliwe, błyszczące oczy. Jego skrzydła rozwiewały się majestatycznie, były znacznie okazalsze niż u pozostałych. Był to bez wątpienia Archanioł.
    Lucyfer ściągnął hełm. Jak każdy anioł wyglądał młodo, miał delikatne rysy twarzy, i ciemne kręcone włosy. Mimo młodego wyglądu, stalowe zimne przenikliwe oczy zdradzały jego majestat i prawdziwy wiek.
    – Witaj Michale – rzekł – rad jestem, że cię widzę.
    – Miło nam gościć was w naszych skromnych progach – odparł komendant stacji.
    Archaniołowie wyściskali się serdecznie.
    – Gdzie Rafał? – spytał Lucyfer rozglądając się po twarzach zgromadzonych.
    – W terenie – odparł Michał – przeprowadza badania ziemskiej fauny i flory. Potrzebujemy danych na temat istot, które przetrwały kataklizm. Boski projekt znacznie rozwinął się od czasu, kiedy byłeś tu ostatnio. Chodźcie za mną.
    An’Hariel ruszyli w kierunku polany, na której rosło ogromne drzewo, rodzące dziwne owoce. Stanęli na jej środku.
    – To jest Will’healen Aolem – strefa spotkań – rzekł Michał – to jedyne miejsce, w którym możemy kontaktować się z ludźmi.
    Lucyfer ruszył w kierunku niewysokiego płotka odgraniczającego polanę od reszty ogrodu, jego uwagę przykuła cienka niemal niewidoczna powłoka energetyczna okalająca wydzielony obszar. Archanioł ostrożnie przesunął ręką po barierze, ta rozjarzyła się błękitem.
    – Tylko do tego miejsca „Głos Boży” daje nam dostęp – stwierdził.
    – Zgadza się – przyznał Michał – cała biosfera Eden stanowi zamknięty ekosystem, wolny od zanieczyszczeń, Ojciec nie chciał, by toksyny z zewnątrz dostały się do środka dlatego uczynił tę strefę.
    – A co to takiego? – Lucyfer wskazał drzewo, sterczące po środku strefy, należącej do An’Hariel.
    – To jest nasz pokarm – odparł Michał – owoce tego drzewa zostały zmodyfikowane genetycznie, tak, by nadawały się na nasze potrzeby. Dostarczają nam energii, niezbędnej do przetrwania w tym świecie.
    Lucyfer zerwał jeden z owoców, obejrzał go z każdej strony, powąchał.
    – Wygląda niepozornie – stwierdził.
    – Spróbuj – zachęcił Michał towarzysza.
    Archanioł ostrożnie odgryzł kawałek miąższu, z niepewną miną przeżuwał pokarm, aż w końcu połknął
    – Całkiem niezłe – oznajmił – troszkę cierpki, ale smaczny.
    Lucyfer ugryzł, już śmielej następny kęs, po chwili z owocu pozostał się tylko ogryzek.
    – Coś jest nie w porządku – odezwał się jeden z przybyszów – dlaczego nie mogę przybrać swej prawdziwej formy.
    Archaniołowie popatrzyli na młodzieńca. Był to wysoki, szczupły An’Hariel, miał pociągłą twarz, długie, ciemne włosy i błękitne, świdrujące oczy.
    – Co to za jeden? – spytał Michał.
    – To nowy – rzekł Lucyfer – Bóg nadał mu imię „Mąż – Wojownik Boży”.
    Młodzieniec postąpił kilka kroków na przód przyjął postawę zasadniczą i oddał honor wyższemu rangą komendantowi Eden.
    – Cherubin Gabriel – przedstawił się – rad jestem poznać cię Archaniele Michaelu.
    – Spocznij – machnął ręką komendant – z rozkazu Boga An’Hariel, przebywające w strefie Eden nie mogą zmieniać formy, tak by człowiek widział w nas jedynie „własne odbicie”. Forma ludzka jest jedyną, jaką możemy przybrać w tym świecie.
    Michał nie zwykł przykładać wagi do etykiety i regulaminu. Cenił u swoich podkomendnych lojalność, oddanie i poświęcenie, z jakim wykonują powierzone zadania.
    – Musimy porozmawiać – rzekł Lucyfer – to ważne.
    – W porządku – kiwnął głową Michał – zaprowadźcie gości na kwatery – zwrócił się do swych podwładnych.
    Po chwili przy drzewie pozostali się jedynie dwaj Archaniołowie. Reszta udała się do włazu, który prowadził w podziemia, gdzie mieściła się cała infrastruktura bazy An’Hariel
    – Wkrótce otrzymasz raport dla Serafiatu – powiedział Michał – przygotuję go niezwłocznie.
    – Przybywamy tu w zupełnie innej sprawie – wzruszył ramionami gość.
    – W innej? – zdziwił się komendant – sądziłem, że wysłał cię Serafiat na kontrolę naszych poczynań.
    – Niestety sprawa jest znacznie poważniejsza – westchnął Lucyfer – w Thill’All Enderen wiele złego się ostatnio zdarzyło. Nastąpił bunt, grupa Serafinów, wraz z poplecznikami chciała wykorzystać fakt, że większość Archaniołów przebywa po za naszym światem, próbowali dokonać przewrotu. Zamach się nie powiódł, zwyciężyliśmy, lecz śmierć poniosło wielu z nas. Stąd wzięli się młodzi, tacy jak Gabriel.
    – On jest jakiś dziwny – stwierdził Michał.
    – Ja też to czuję – wzruszył ramionami Lucyfer – jest najmłodszy spośród nas. Ojciec nieco go rozpieszcza, ale, rzec ci muszę, że miłuję tego szczeniaka jak brata. Jest naprawdę zdolny, i sądzę, że czeka go wielka cześć i chwała.
    – Co z buntownikami?
    Lucyfer rozejrzał się wokół, coś go zaniepokoiło, poczuł czyjąś obecność, obcą formę, nie pasującą do tego miejsca. Wrażenie było przelotne i szybko odeszło, mimo to Archanioł postanowił wstrzymać się jeszcze z przedstawieniem szczegółów swojej misji.
    – Później Michale – rzekł – wezwij Rafała, szerzej sprawę omówimy przy wieczerzy.
    Wieczorem wszyscy zasiedli do wspólnej kolacji w mesie. Pomieszczenie było przestronne i dobrze oświetlone, złączone stoły ustawiono na środku, tak by wszyscy, zgromadzeni mogli widzieć wielkie ekrany, umieszczone w ścianach. Nie brakło także jedzenia i picia. Załoga Eden osiągnęła mistrzostwo w produkowaniu przetworów z owoców starego drzewa. Gościom w szczególności, do gustu przypadła nalewka, powstała w skutek fermentacji. Napój powodował lekkie zawroty głowy i ogólnie wpływał na poprawę humoru.
    – Dla pokonanych buntowników – kończył Lucyfer – Ojciec stworzył miejsce zsyłki, za wyżyną Tartar z woli „Najwyższego” powstała otchłań pełna skał, siarki i lawy, gdzie temperatura i wyziewy ból okrutny istotom z naszego świata zadają, nie powodując jednak śmierci. Uwierzcie mi to niezbyt miłe miejsce, nie chciałbym tam trafić. Nazwaliśmy je Pandemonium, ci którzy wbrew woli Pana postąpili gnić po wieki będą w Otchłani.
    – Tak więc wszystko poszło o ludzkie kobiety – westchnął Rafał – źle się stało. Jedna rzecz nie daje mi spokoju, jak do tego doszło, wszak nie możemy działać nie słysząc „Głosu Pana”.
    – Prawda jest nieco inna przyjacielu – Lucyfer spuścił wzrok w ziemię – An’Hariel nie mogą czynić wbrew słowu bożemu, chyba, że się go wyrzekną i to właśnie uczynili buntownicy.
    – Wciąż nie wiem co was tu przywiodło – mruknął Michał.
    – Nie wszystkich udało nam się ująć – rzekł Lucyfer – przywódcy buntu: Samael, Lewiatan i Belzebub zdołali porwać jeden z promów i uciec do tego wszechświata.
    – Co to ma wspólnego z Eden? – wtrącił Rafał.
    Na wezwanie Michała, Archanioł wrócił czym prędzej, nie zważając na inne obowiązki, po to by uczestniczyć w obradach. Jak pozostali An’Hariel przybierał postać młodego człowieka, wyróżniały go błękitne oczy, miał krótkie, kręcone włosy i wydatny orli nos, nadający powagi, jego delikatnej twarzy. Rafał był tym, któremu najbardziej spośród Archaniołów leżał na sercu, pomyślny los człowieka. Jego zadaniem w tym obcym świecie, było utrzymać przy życiu ostatnich, wolnych Homo Sapiens na ziemi.
    – Sprawę wyjaśni mój najlepszy zwiadowca – rzekł dowódca grupy pościgowej – Gabrielu.
    Cherubin podniósł się ze swego miejsca.
    – Trzy tygodnie temu odnaleźliśmy skradziony prom – oznajmił, na ekranie wywołał trójwymiarową mapę układu słonecznego – w tym rejonie – wskazał na pas asteroid, rozciągający się tuż za Plutonem – dopadliśmy zbiegów. W wyniku starcia ich statek doznał poważnych uszkodzeń. Buntownicy jednak zbiegli.
    – Zbiegli? – zdziwił się Rafał – przecież prom nie miał najmniejszych szans w starciu z waszym krążownikiem.
    – No, w sumie tak – stwierdził Gabriel – niestety nastąpiła awaria systemu napędowego, silniki naszego statku uległy przegrzaniu, Samael wykorzystał to by uciec. Przez ostatnie trzy tygodnie śledziliśmy ślad jonowy z dysz promu. To on doprowadził nas na Ziemię. Sądzimy, że buntownicy ukryli się gdzieś na tej planecie.
    – Rozumiem – rzekł Michał – udzielimy wam wszelkiej, niezbędnej pomocy w poszukiwaniach.
    – Czy Samael i jego sprzymierzeńcy mogą zagrozić Homo Sapiens? – wtrącił Rafał.
    – Nie sądzę – rzekł Lucyfer – Eden ma zbyt silne zabezpieczenia, by buntownicy odważyli się tu wejść. Wasza „parka” jest w zupełności bezpieczna.
    – Nie martwię się o tych, którzy znajdują się w naszym ogrodzie – stwierdził Archanioł – chodzi mi o grupę, ocalałą z kataklizmu.
    – Ocalałą? – zdziwił się Gabriel – sądziłem, że wszystkie gatunki na tej planecie uległy zagładzie.
    – W wyniku eksperymentów Lewiataniela wykształcił się na Ziemi gatunek inteligentnej formy życia – oznajmił Michał – przed siedmioma laty mało owe stworzenia nie zostały zniszczone, przy życiu pozostało niespełna tysiąc sztuk. Ojciec polecił nam dopasować DNA Adama i Ewy do kodu genetycznego tych istot. Osobniki, które pozostały przy życiu, znajdują się teraz pod naszą opieką.
    – Po co Ojciec rozkazał dopasować geny pierwszych ludzi do tych istot z planety? – spytał Gabriel.
    – Nie wiem – wzruszył ramionami Rafał – Taka była Jego wola. Po prostu rozkazał nam przygotować człowieka, do życia na tej planecie. Nasze osobniki są inteligentniejsze, silniejsze i wytrzymalsze, długość życia biologicznego Adama i Ewy blisko czterdziestokrotnie przekracza średni czas egzystencji istot z planety. Uczymy naszych podopiecznych zasad matematyki, fizyki i chemii, rozwijamy zdolność myślenia kreatywnego i abstrakcyjnego. Zadaliśmy sobie wiele trudu, by zahamować u kobiety i mężczyzny popęd seksualny, niestety, nasze zabiegi mają też skutki uboczne. Znacznie spowolniły rozwój emocjonalny naszej pary. Po za tymi szczegółami nie stwierdziliśmy różnic pomiędzy dwoma gatunkami ludzi.
    – Tak więc macie tu geniuszów – skomentował Lucyfer – o psychice dziecka.
    – Dlaczego hamujecie u tych istot – spytał Gabriel – ten popęd seksualny?
    – To skomplikowane – stwierdził Rafał drapiąc się po głowie – Eden jest zamkniętym ekosystemem, przystosowanym do określonej liczby roślin i zwierząt, kopulacja u stworzeń z tego świata prowadzi do powstawania nowego życia, a narodziny potomstwa doprowadzą do zachwiania równowagi w ogrodzie.
    – Kopulacja? – parsknął Cherubin – co to takiego, jakże to? Oni mogą powielać się sami? Bez woli Ojca bez Jego głosu, nakazującego obudzić się nowemu życiu.
    – Nie widziałeś jeszcze człowieka – krzywo uśmiechnął się Rafał – ten wymiar rządzi się innymi prawami aniżeli Thill’All Enderen.
    – Ciekawski z ciebie młodzieniec – stwierdził Michał – musisz nauczyć się, że nie do nas należy zadawanie pytań, my jedynie wykonujemy polecenia. Ciekawość może zwieść ciebie z naszej ścieżki i zaprowadzić na drogę buntowników.
    – Z pokorom przyjmuję twą reprymendę panie – Cherubin ukłonił się Archaniołowi – jestem jedynie skromnym posłańcem „Głosu Bożego” nie jestem godzien dokonywać oceny poczynań Ojca.
    Rafał nachylił się i szepnął Michałowi na ucho.
    – Dziwny jest ten nowy An’Hariel. Inny niż my, nie sądzisz?
    Komendant stacji jedynie kiwnął nieznacznie, porozumiewawczo głową.

    • Zalecam wzmocnienie ochrony wokół ocalałych z katastrofy Homo Sapiens – rzekł Lucyfer – Samael może próbować posiąść tutejsze kobiety, by przywrócić zło, które zmietliśmy, ostatnim kataklizmem. Bądźcie czujni, my zajmiemy się poszukiwaniem zbiegów.
      http://danitheprince.blogspot.com/

    Lubię

  3. zenobiusz pisze:

    A niech to gęś..

    Lubię

Możliwość komentowania jest wyłączona.