Merkel,Holland pora na rachunek…zapomniane ludobójstwo, czyli co Niemcy ,i nie tylko robili w Afryce


Koszmar, którego doświadczyli mieszkańcy Europy Wschodniej w latach 40. XX wieku, był wyjątkowy pod względem skali i uprzemysłowienia zabijania – mieszanina rasizmu i fordyzmu była nazistowskim wynalazkiem – ale wiele innych rzeczy wcale nie było dla Niemców nowością” czytamy we wstępie do tej pracy. Od jutra w księgarniach fascynująca i wstrząsająca opowieść „Zbrodnia kajzera” Davida Olusoga i Caspera Erichsena. To nieznana historia ludobójstwa plemion Herero i Nama w zapomnianym imperium kolonialnym Cesarstwa Niemieckiego książka o zapomnianym niemieckim ludobójstwie dokonanym w Afryce, na początku dwudziestego stulecia. We współpracy z wydawnictwem Wielka Litera portal wNas.pl prezentuje fragment tej szokującej publikacji.

„Zbrodnia kajzera” David Olusoga i Casper Erichsen (fragment)

Osiem tysięcy kilometrów od Norymbergi leży małe namibijskie miasteczko Lüderitz. Położone między zimnymi wodami południowego Atlantyku a nieskończonymi wydmami pustyni Namib, jest bez wątpienia jednym z najdziwniejszych miejsc na ziemi. Morze wydm kończy się dosłownie na granicy miasteczka, diuny wyglądają, jak gdyby rozbiły obóz, czekając na pozwolenie, by wejść do osady. Rankiem, kiedy pustynię zasłania gruba kurtyna morskiej mgły, Lüderitz wygląda zupełnie nietropikalnie, przypominając raczej bazę arktyczną albo opuszczoną osadę wielorybników gdzieś na Falklandach albo Grenlandii. Nawet w ładny dzień miasto sprawia wrażenie, jak gdyby było na wpół opustoszałe.

Większość budynków, pomalowanych na jasne kolory – czerwienie, pomarańcze i żółcie – stoi rozproszona na kilku wzgórzach, które otaczają szeroką i wietrzną zatokę. Żywe kolory budynków kontrastują z wymytymi przez morze skałami wzgórz, przypominających pomarszczoną i zakurzoną skórę słonia. Główne aleje miasta niedawno wyasfaltowano, ale boczne ulice wciąż są raczej podziurawionymi i wyboistymi ścieżkami. Wszędzie pełno piasku, którego hałdy zalegają na rogach ulic.

Gość przybywający statkiem nie zobaczy niczego, co mogłoby wskazywać na to, że znajduje się w Afryce. Na lądzie zdziwi go duża liczba białych ludzi mówiących po niemiecku oraz setki czarnych Afrykanów mówiących po afrykanersku, w języku Burów. Dziś większość ludzi dociera do Lüderitz lądem. Szosa B4, prosta niczym asfaltowa strzała, przecina pustynię Namib po trasie dawnej linii kolei wąskotorowej, która łączyła osady na południu Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej z Zatoką Lüderitza, a stamtąd z wielkimi szlakami handlowymi cesarskich Niemiec. Każdej nocy wydmy o centymetr wdzierają się na asfalt B4, próbując zadusić miasto, i każdego ranka wielka żółta koparka dudniąc wyrusza z miasteczka, żeby oczyścić drogę. Pustynia zdaje się za wszelką cenę chcieć odciąć Lüderitz od zewnętrznego świata.

Jak lasy Konga dla Josepha Conrada, wydmy Namib zdają się trwać „ze złowrogą cierpliwością, z oczekiwaniem, że ta opętana inwazja przeminie”.

W 1905 roku ta niewielka osada została wybrana na miejsce eksperymentu w sprawie sposobu prowadzenia wojny. Jeszcze jakieś trzydzieści lat temu najstarsi mieszkańcy Lüderitz pamiętali, co wydarzyło się tu w pierwszych latach XX wieku, ale nie mówili o tym. Dziś wciąż jest to tajemnicą. Biuro informacji turystycznej przy Bismarckstrasse nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia, nie wspominają o tym przewodniki po Namibii, a w większości polecanych w nich książek historycznych także nie można niczego się o tym dowiedzieć. A jednak to, co wydarzyło się w Lüderitz w latach 1905– –1907, czyni z niego kluczowe miejsca dla dziejów XX wieku.

Eksperyment przeprowadzono na leżącej w zatoce Shark Island, przysadzistej, złowrogo wyglądającej kupie skał, z której rozpościera się widok na całe miasteczko. Na swój sposób eksperyment zakończył się pełnym sukcesem, dając światu wynalazek, który stał się symbolem całego stulecia i zabrał więcej istnień ludzkich niż bomba atomowa. To właśnie tam, na południowym skrawku Afryki, wynaleziono obóz zagłady. Dziś Shark Island jest miejskim kempingiem Lüderitz. Nowa restauracja z widokiem na wyspę oferuje najlepsze południowoafrykańskie wina i poławiane w południowym Atlantyku owoce morza. Gości zachęca się do tego, by siadali na tarasie z widokiem na wyspę, na której sto lat wcześniej dokonano systematycznej eksterminacji trzech i pół tysiąca Afrykanów. Zaledwie kilkaset metrów dalej, pod wodami zatoki Lüderitz nurkowie odkryli, że Shark Island otaczają ludzkie kości i zardzewiałe, stalowe kajdany. Ludzie, których zmuszono do ich noszenia i których szczątki leżą pod wodą, zostali niemal całkowicie wymazani z namibijskiej i światowej historii. Nazwy ludów, do których należeli – Hererowie, Witbooiowie Nama, Nama z Bethanie – dla większości ludzi spoza Namibii nic nie znaczą.

Shark Island nie stanowi jedynej tajemnicy Namibii. Pod bocznicami przy dworcu kolejowym w stolicy kraju, Windhuku, znajdują się masowe groby, podobnie jak na przedmieściach nadmorskiego kurortu Swakopmund. Namibijskie Muzeum Narodowe mieści się w starym niemieckim forcie, który wzniesiono na miejscu obozu koncentracyjnego.

Dla większości ludzi Namibia jest tylko jakimś osobliwym zaściankiem, reliktem krótkotrwałego niemieckiego kolonializmu i miniaturą Niemiec z przełomu XIX i XX wieku, która w jakiś tajemniczy sposób przetrwała niezmieniona do wieku XXI. W turystycznych sklepikach można kupić pocztówki i albumy ze zdjęciami przedstawiającymi utraconą idyllę. Ulice noszą imiona dawnych dowódców wojskowych pochodzących z arystokratycznych rodów. W centrach handlowych można kupić kapelusze Schutztruppe, niemieckiej armii kolonialnej, ozdobione czerwonymi, białymi i czarnymi insygniami Drugiej Rzeszy – epoki kajzerów. Na sprzedaż jest także niemiecka flaga cesarska – z surowym, czarnym orłem – a także książki na temat lokalnej historii, które pomijają temat wojen, jakie prowadzono pod tym sztandarem – wojen, które niemal całkowicie zgładziły dwa rdzenne ludy Namibii.

To, czego dokonali w Namibii niemieccy zarządcy i niemieckie wojska, jest dziś zapomnianą kartą historii, ale naziści doskonale o tym pamiętali. Kiedy sto lat temu oddziały Schutztruppe podjęły próbę eksterminacji Hererów i Nama, Hitler był piętnastoletnim uczniem. W 1904 roku mieszkał na kontynencie, który ekscytował się nadchodzącymi z Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej doniesieniami o bohaterstwie Niemców i barbarzyństwie Afrykanów. Osiemnaście lat po ludobójstwie Nama i Hererów, Hitler blisko związał się z weteranami tamtych wojen. W 1922 roku został zwerbowany do skrajnie prawicowej bojówki w Monachium, której nie formalnie przewodził charyzmatyczny generał Franz von Epp, w czasie niemieckich wojen z Hererami i Nama służący w Afryce w randze porucznika. Von Epp, zarówno jako młody żołnierz w koloniach, jak i jeden z przywódców NSDAP, był niezmiennie zagorzałym zwolennikiem koncepcji Lebensraumu i spędził całe życie na szerzeniu teorii, że Niemcy potrzebują powiększyć swoją przestrzeń życiową kosztem niższych ras czy to w Afryce, czy w Europie Środkowej. Przesadą byłoby stwierdzenie, że Hitler był jego protegowanym, ale w chaosie panującym w Monachium po I wojnie światowej to właśnie von Epp był osobą, która – nie licząc Hitlera – przyczyniła się do rozwoju partii nazistowskiej. To właśnie przez niego w bardzo pokrętny sposób Hitler poznał wielu ludzi, którzy mieli stać się partyjną elitą: zastępcą von Eppa był Ernst Röhm, założyciel SA, Oddziałów Szturmowych. Poprzez kontakty z von Eppem i innymi weteranami niemieckich wojen kolonialnych Röhm i Hitler zdobyli zapasy dawnych mundurów Schutztruppe. Ponieważ zaprojektowano je do walki na afrykańskich sawannach, koszule miały brązowy, ziemisty kolor – stąd właśnie nazistowskich bojówkarzy nazywano „brunatnymi koszulami”. Dziś von Eppa uważa się za drugoplanową postać w historii nazizmu. Kiedy partia nazistowska doszła w 1933 roku do władzy, powierzono mu zadanie zabiegania o zwrot utraconych na mocy traktatu wersalskiego kolonii, w których walczył jako młody człowiek. W 1939 roku von Epp był już postacią marginalną, wykluczoną z najbliższego kręgu Hitlera i przyćmioną przez młodszych. Jego udziału w powstaniu partii często się nie dostrzega, ale w swoich przedwojennych pismach Hitler doceniał rolę polityczną, jaką odegrał von Epp. Na niezliczonych zdjęciach i filmach propagandowych widać, jak obydwaj stoją obok siebie, ramię w ramię.

Na swoim ostatnim zdjęciu von Epp siedzi obok Hermanna Göringa. Pozbawieni mundurów i odznaczeń oczekują procesu, przebywając w amerykańskim areszcie w Mondorf-les-Bains. Przygarbiony stary generał wygląda na wymizerowanego i mruży oczy w kierunku fotografa. O pokolenie starszy od pozostałych oskarżonych, von Epp zmarł w areszcie zaledwie kilka tygodni po zrobieniu tego zdjęcia. Czy gdyby dożył do procesu i zasiadłby na ławie oskarżonych obok Göringa, jego zeznania naprowadziłyby prokuratorów na podobieństwa i związki między czynami popełnionymi przez Trzecią Rzeszę a ludobójstwem, w którym wziął udział jako młody porucznik?

Pamięć o niemieckim imperium została odseparowana od europejskiej historii. Dziewiętnastowieczny kolonializm od dawna był postrzegany jako temat specjalistyczny, przypis do historii rozgrywającej się niemal w całkowitej izolacji od Europy. A jednak w dziejach kolonializmu zawsze następował przepływ idei, metod i ludzi. Słowa Hitlera z 1941 roku, że będzie traktował Słowian jak „ludy kolonialne”, straciły dziś swój wydźwięk, ale kiedy je wypowiadał, miały jasne znaczenie. Były skrótem myślowym doskonale zrozumiałym dla pokolenia nazistów, którzy byli chłopcami, kiedy kajzer wysyłał armie do Afryki, żeby zgniotły buntowników, a teraz wiązali swój los z rasowym przeznaczeniem Niemiec. Nasze zrozumienie tego, czym był nazizm i skąd wzięły się idee i filozoficzne koncepcje, które leżały u jego podstaw, będzie niepełne, jeśli nie zgłębimy tego, co wydarzyło się w Afryce pod panowaniem cesarza Wilhelma II.

(fragmenty książki „Zbrodnia kajzera” publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy, którym jest Wielka Litera.)

 

Zapomniane krwawe zbrodnie

Wiktor Ferfecki publikacja: 08.01.2012 aktualizacja: 17:12wyślijdrukuj

Członkowie plemienia Herero ocalali z niemieckiego ludobójstwa (Fot. Wikipedia)

Rok 2011 skończył się potężną awanturą dyplomatyczną między Francją i Turcją. Powodem było przyjęcie przez francuskie Zgromadzenie Narodowe ustawy przewidującej kary za publiczne negowanie popełnionego przez Turków ludobójstwa Ormian, do którego doszło w czasie I wojny światowej. Turcy zagłady Ormian nie nazywają ludobójstwem. W odwecie zarzucili Francji, że to ona ma kłopoty z pamięcią, bo sama dopuściła się rzezi w Algierii na przełomie lat 50. i 60.

Problem z odpowiedzialnością za popełnione przez siebie zbrodnie ma wiele państw świata. Okazuje się jednak, że są wśród nich również cywilizowane kraje, które dziś najgłośniej krzyczą przeciw łamaniu praw człowieka w różnych zakątkach globu. Informacje o obozach koncentracyjnych, które Brytyjczycy zakładali w Kenii, dopiero niedawno nieśmiało zaczęły pojawiać się w mediach. Japonia po dziś dzień ma kłopoty z pamięcią o ludobójstwie w Chinach. Z kolei w Belgii wciąż na cokołach stoi król Leopold II, jeden z najbardziej krwawych tyranów w historii, odpowiedzialny za śmierć pod koniec XIX wieku kilkunastu milionów mieszkańców Kongo.

O niektórych zdarzeniach ze swojej przeszłości najpotężniejsze państwa świata chciałyby zapomnieć. Przedstawiamy krwawą listę zapomnianych masowych zbrodni, które wywołują od czasu do czasu napięcia dyplomatyczne, o których jeszcze niedawno milczały światowe media i których ofiary często bezskutecznie starają się o odszkodowania.

Ludobójstwo Ormian, 1915-1917. Sprawca: Turcja

Powodem konfliktu dyplomatycznego między Francją i Turcją było jedno z największych ludobójstw w historii ludzkości. Mogło pochłonąć nawet 1,5 miliona ofiar, a odpowiedzialność za te wydarzenia spoczywa na radykalnych nacjonalistach Młodoturkach, którzy w 1913 roku przejęli stery w państwie.

Młodoturcy ogłosili dżihad, czyli świętą wojnę z niewiernymi i przystąpili do planu eksterminacji Ormian, ich zdaniem kolaborujących z Rosją. W wyniku czystki zginęło około 1,5 miliona osób. Wobec Ormian stosowano często wymyślne metody zabójstw i tortur. Ofiary wieszano, rozstrzeliwano, zakopywano żywcem i zrzucano w przepaści górskie. Często w ramach tortur przybijano im podkowy do stóp. Jednak najwięcej ofiar przyniosły wycieńczające marsze na tereny pustynne, na których Ormian osadzano często w obozach koncentracyjnych.

– Eksterminacja Ormian miała charakter szczególny, bo te społeczności koegzystowały ze sobą zgodnie na przestrzeni setek lat – mówi prof. Krzysztof Kubiak, badacz konfliktów zbrojnych. Zauważa jednak, że w odniesieniu do tej zbrodni wciąż istnieje wiele znaków zapytania. – Podczas I wojny światowej na terytorium Turcji rzeczywiście zaczęły powstawać ormiańskie oddziały partyzanckie inspirowane przez Rosję. Turcy podjęli więc decyzję o prewencyjnym wysiedleniu ludności do obszarów nadgranicznych. Pojawia się wątpliwość, czy gigantyczne ofiary były efektem zaplanowanej polityki, czy też pogrążona w wojnie Turcja nie poradziła sobie z zadaniem logistycznym, jakim był transport tych ludzi – mówi.

Te wątpliwości stara się wykorzystać Turcja, utrzymując, że Ormianie padli ofiarą epidemii. Oficjalnie podaje też zdecydowanie niższą liczbę ofiar niż większości niezależnych historyków. – Po II wojnie światowej, z racji swojego położenia Turcja była ważnym członkiem NATO, więc Zachód trochę ją rozpieszczał. Nie ułatwiło to rozliczenia z mroczną przeszłością. Równolegle do rzezi Ormian na terenie Turcji doszło do zagłady Asyryjczyków, w której zginęło kilkaset tysięcy osób – podkreśla historyk prof. Wojciech Roszkowski.

Masakry w Algierii, 1954-1962. Sprawca: Francja

W konflikcie dyplomatycznym wokół rzezi Ormian Turcja wypominała Francji ofiary wojny w Algierii. Francuzi woleliby o niej nie pamiętać. Francuski parlament dopiero w latach 90, przyznał, że w Algierii faktycznie toczyła się wojna i zaczął stosować to określenie w oficjalnych dokumentach. Powód? Francja, która sama kilka lat wcześniej wyzwoliła się spod niemieckiej okupacji, stosowała w Algierii metody kojarzące się z Gestapo.

Relacje na ten temat zaczęły pojawiać się we francuskich mediach stosunkowo niedawno. Wynika z nich, że do tortur wykorzystywano często prąd elektryczny podłączony do genitaliów, albo litry wody wlewane do żołądka. Ciemną kartą wojny jest też akcja pacyfikacyjna, przeprowadzona przez Francuzów w 1957 r. w setkach algierskich miejscowości. Do specjalnych obozów odosobnienia przeniesiono nawet dwa miliony osób.

Wojna algierska pochłonęła według różnych szacunków od kilkudziesięciu tysięcy do pół miliona ofiar. Francuzi bronią się mówiąc, że algierscy partyzanci również korzystali z brutalnych metod, w tym z zamachów bombowych wymierzonych w ludność cywilną.

Jednak zdaniem prof. Krzysztofa Kubiaka, o podejściu Francuzów do Algierii najlepiej świadczy to, co zrobili już po zakończeniu działań wojennych. – Masową zbrodnią była odmowa ewakuacji do Francji kilkudziesięciu tysięcy algierskich żołnierzy, walczących we francuskich wojskach pomocniczych. Algieria po odzyskaniu niepodległości brutalnie się z nimi rozprawiła. Szacunki są nieostre, ale w grę może wchodzić nawet kilkadziesiąt tysięcy ofiar – tłumaczy.

Wojna w Algierii to nie jedyna ciemna karta kolonializmu, do której niechętnie przyznają się francuskie władze. W 1947 roku Francja krwawo stłumiła powstanie na Madagaskarze, które wywołała ludność domagająca się własnej państwowości. Pierwsze pełne dane o akcji pacyfikacyjnej, w której zginęło około 90 tys. Malgaszów, podano we Francji niemal pół wieku później.

– Masową zbrodnią była odmowa ewakuacji do Francji kilkudziesięciu tysięcy algierskich żołnierzy, walczących we francuskich wojskach pomocniczych. W grę może wchodzić nawet kilkadziesiąt tysięcy ofiar – uważa prof. Krzysztof Kubiak.

Pomnik w Nairobi generała Dedana Kimathiego, bohatera kenijskiego powstania przeciw Brytyjczykom (Fot. Wikipedia)

Obozy koncentracyjne w Kenii, 1952-55 r. Sprawca: Wielka Brytania

Choć do krwawego stłumienia przez Wielką Brytanię powstania w Kenii doszło ponad pół wieku temu, szokujące fakty na ten temat zaczęły wypływać na światło dzienne dopiero ostatnio. Caroline Elkins, profesor historii z Harvardu, dostała w 2006 roku nagrodę Pulitzera za książkę o obozach koncentracyjnych, które w Kenii tworzyli Brytyjczycy. Niedługo później do brytyjskich sądów zaczęły trafiać wnioski o rekompensaty dla poszkodowanych Afrykańczyków, którzy byli torturowani, gwałceni, a nawet kastrowani.

Powstanie w Kenii wybuchło z przyczyn ekonomicznych. Większa cześć ziemi uprawnych znajdowała się w rękach białych osadników, co pogłębiało frustrację rdzennych mieszkańców. Brytyjscy okupanci do stłumienia powstania przystąpili z pełną brutalnością. Na porządku dziennym były egzekucje, tortury oraz gwałty za pomocą rozbitych butelek. Choć Brytyjczycy mówią o oficjalnej liczbie ofiar w wysokości 11 tys., w rzeczywistości mogło być ich nawet siedmiokrotnie więcej.

Najgłębszym cieniem na działania Brytyjczyków kładą się obozy koncentracyjne. Poddani Jej Królewskiej Mości stosowali je już na przełomie XIX i XX wieku w południowoafrykańskich wojnach burskich. Wykorzystywanie takich metod po II wojnie światowej może jednak wydawać się szczególnie szokujące. Do obozów koncentracyjnych miało trafić nawet 90 tys. Kenijczyków.

Wielkiej Brytanii przez wiele lat udawało się utrzymywać mit, że stłumienie powstania w Kenii było „czystą wojną”, bo w tym kraju pracowało w tym czasie tylko kilku, starannie wyselekcjonowanych dziennikarzy. Nawet dziś, gdy wiedza na temat kenijskich zbrodni staje się powszechna, Wielka Brytania ma problem z odpowiedzialnością. W 2010 roku brytyjskie władze ogłosiły, że za krwawe wydarzenia odpowiedzialność ponoszą nie kolonialiści, ale niepodległe władze kenijskie, które ich zastąpiły.

Gwałt Nankinu, 1937-1938. Sprawca: Japonia

Masakra ludności cywilnej w Nankinie to jedna z najkrwawszych kart w najnowszej historii powszechnej. Mimo to Japończycy wciąż przyznają się do niej niechętnie. Japońskie władze po raz pierwszy oficjalnie przeprosiły za nią w 1995 roku, a w 2007 roku około stu polityków partii rządzącej uznało zbrodnię nankińską za prowokację. Nie powinno więc dziwić, że wokół zbrodni w Nankinie regularnie wybuchają napięcia na linii Tokio-Pekin.

Od lat 20. Chiny tonęły w wojnie domowej między komunistami i narodowcami. W 1937 roku sytuację postanowiła wykorzystać Japonia. Pod koniec roku wkroczyła do ówczesnej stolicy kraju Nankinu i przystąpiła do eksterminacji ludności cywilnej. Z powodu braku amunicji egzekucje szybo zastąpiły inne wymyślne metody zbrodni.

„Masakry w Nankinie cechowała sięgająca granic perwersji pomysłowość. Ofiary zakopywano żywcem, traktowano końmi i czołgami, wieszano za języki na hakach. Niektórych, zakopanych w ziemi po pas, kazano rozszarpywać wielkim psom, innych krzyżowano, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, obdzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy” – pisze historyk prof. Jakub Polit, znawca dziejów Azji, w książce „Smutny kontynent”.

Dodaje, że cesarskie wojska wymyślały też „zabawy”, mające urozmaicić rzezie. „Jedną z ulubionych zabaw było wpędzanie Chińczyków na dachy drewnianych domów, oblewanie parteru benzyną i podpalanie. (…) Inny rodzaj rozrywki polegał na wpędzanie nago do lodowatej w grudniu i styczniu wody Yangzi; (…) próbujących wypłynąć ostrzeliwano i obrzucano grantami. Dzieci, a nawet niemowlęta nadziewano na bagnety” – pisze prof. Jakub Polit.

W Nankinie zginęło od 50 do 400 tysięcy ludzi. Japońskie wojska dopuściły się też tam prawdopodobnie największego zbiorowego gwałtu w historii. Zgwałcono do 20 do 80 tys. kobiet, które zwykle później mordowano. Ofiar byłoby pewnie więcej, gdyby nie… miłośnik Hitlera, członek niemieckiej partii socjaldemokratycznej John Rabe, który zaangażował się w tworzenie w stolicy Chin stref bezpieczeństwa. W Nankinie mogło zginąć nawet dwukrotnie więcej osób niż w atakach atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

Dlaczego wiedza na temat masakry jest tak ograniczona? Zdaniem historyka prof. Wojciecha Roszkowskiego, przypominanie Japończykom o tej zbrodni nie było na rękę Amerykanom, okupującym ten kraj po II wojnie światowej. – W tamtym okresie pozycję w Japonii budowała partia komunistyczna. Rozliczenie za wojnę z Chinami mogłoby wzbudzić niepokoje i pomóc japońskim komunistom – tłumaczy.

„Masakry w Nankinie cechowała sięgająca granic perwersji pomysłowość” – pisze prof. Jakub Polit w książce „Smutny Kontynent”.

Jedną z najczęstszych kar stosowanych w Kongo za króla Leopolda II było ucięcie dłoni (Fot. Wikipedia)

Ludobójstwo w Kongo, koniec XIX w. Sprawca: Belgia

Myśląc o największych zbrodniarzach współczesnej historii, jednym tchem wymieniamy najczęściej Adolfa Hitlera, Józefa Stalina i Mao Zedonga. Miejsce w ich gronie powinien również zająć belgijski król Leopold II, sprawca ludobójstwa w Kongo. Jego imponujący pomnik konny wciąż stoi w Brukseli. O problemach z pamięcią Belgów świadczy też fakt emisji w 2007 roku złotej monety upamiętniającej postać krwawego monarchy.

Pod koniec XIX wieku Kongo było państwem wyjątkowym pod względem prawnym, bo stanowiło prywatną własność jednego człowieka – króla Leopolda II. Traktował swój kraj jak folwark, w którym nie liczą się żadne wartości oprócz wyśrubowanych norm wydobycia surowców mineralnych i kauczuku.

– Leopold II stworzył specyficzny system. Mieszkańców Konga pozbawił wolności osobistej i zmusił do katorżniczej pracy. Wprowadził system odpowiedzialności zbiorowej, a jedną z najpopularniejszych form kary było odcięcie dłoni, co w warunkach afrykańskich oznacza skazanie na śmierć głodową. Tę karę stosowano także w odniesieniu do dzieci – mówi prof. Krzysztof Kubiak. – Wygłodzenie, niewolnicza praca i wybuchy epidemii w obozach pracy kosztowały życie nawet 15 milionów ludzi. Okazuje się, że pogoń za zyskiem może wywierać równie niszczący wpływ na populację lokalną, jak na przykład ideologia Czerwonych Khmerów w Kambodży – dodaje.

Zbrodnie Leopolda II wyszły na jaw dopiero w 1908 roku. Wybuchła afera, której efektem było przejęciem kontroli nad kolonią przez belgijskie państwo. W upamiętnieniu dramatu w Kongo dużą rolę odegrał polski pisarza Joseph Conrad, który poświęcił mu słynne opowiadanie „Jądro ciemności”.

W obozach koncentracyjnych w Namibii swoje badania prowadził ideolog rasizmu Eugene Fischer (Fot. Wikipedia)

Ludobójstwo Herero i Nama, 1904-1907 r. Sprawca: Niemcy.

Niemieckie zbrodnie w Namibii uważa się za pierwsze ludobójstwo XX wieku. Niemcy stosowali w Afryce metody, które mogą nasuwać skojarzenia z Holocaustem. Mimo to za swoje rzezie przeprosili po dokładnie stu latach. O wypłacie odszkodowań dla ludów Herero i Nana zdecydowali się dopiero w 2006 roku.

Eksterminacja w Namibii ruszyła po tym, gdy w styczniu 1904 roku hererscy wojownicy zaatakowali niemieckie farmy. Zamordowali ponad stu żołnierzy i rolników. Gdy wieść dotarła do Berlina, wysłano do Afryki 14 tysięcy żołnierzy i kilkadziesiąt armat. W sierpniu w jednej z bitew Niemcy wymordowali 5 tysięcy tubylców, a pozostałych przy życiu wygnali na pustynię, skazując na śmierć z wycieńczenia.

Gdy informacje o potraktowaniu Afrykanów wyszły na jaw, światowa opinia publiczna zawrzała. Często porównywano sytuację w Namibii do Konga, w którym belgijski król Leopold II dopuścić się masowego ludobójstwa. By uspokoić nastroje, Niemcy zdecydowali odstąpić od eksterminacji, a tubylców stłoczyli w obozach koncentracyjnych, zmuszając ich do katorżniczej pracy. Szczególnie złą sławę zyskało miejsce odosobnienia położone na Rekiniej Wyspie, które uważa się dziś za pierwszy na świecie obóz zagłady.

W obozach koncentracyjnych więźniowie byli sterylizowani i celowo zarażani śmiertelnymi chorobami. Niemieccy „naukowcy” przeprowadzali na masową skalę badania, których celem było dowiedzenie wyższości rasy nordyckiej. Jednym z nich był Eugen Fischer, późniejszy ulubieniec Hitlera, jeden z najbardziej znanych ideologów wyższości „rasy nordyckiej”, która posłużyła do eksterminacji Żydów i Cyganów.

Zagładę w Namibii przeżyło jedynie 15 tys. Hererów i 10 tys. Namów. Przed ludobójstwem żyło ich tam odpowiednio: 80 i 20 tys. W dzisiejszej Namibii na próżno szukać śladów zagłady. Na Rekiniej Wyspie w prawdopodobnym miejscu obozu postawiono supermarket. Nieopodal stoi obelisk ku czci… niemieckich żołnierzy, którzy stłumili powstanie.

Ludobójstwo w Ruandzie, 1994. Winni: wg ekspertów – pośrednio także Belgia i Francja

Rzeź Tutsi, którego w 1994 roku dopuścili się w Rwandzie Hutu, to najnowsze ludobójstwo, odbijające się czkawką byłym państwom kolonialnych, głównie Belgii i Francji. Sprawa powróciła w dyplomatycznej awanturze między Turcją i Francją dotyczącej rzezi Ormian. Tureccy politycy wytknęli Francuzom nie tylko masakry w Algierii, ale również obciążyli ich odpowiedzialnością za ludobójstwo w Rwandzie.

W tym jednym z najgęściej zaludnionych krajów w Afryce w ciągu stu dni zginęło około miliona osób. Ofiary były najczęściej mordowane za pomocą maczet. Na porządku dziennym były też jednak gwałty, rozbijanie noworodków o ścianę, rozcinanie brzuchów ciężarnych i wrzucanie granatów do pomieszczeń pełnych ludzi. Masakra zakończyła się, gdy Tutsi obalili rząd Hutu. Obawiając się krwawej zemsty, dwa miliony Hutu uciekło z kraju, częściowo przyczyniając się do wybuchu krwawej wojny domowej w Kongo.

Główną przyczyną wybuchu rzezi były podziały kastowe. Narosły do ogromnych rozmiarów, choć Tutsi i Hutu mówią w tym samym języku, wyglądają niemal identycznie i nie różnią się zwyczajami czy wiarą. W Rwandzie różnili się jedynie wzrostem oraz liczbą posiadanych krów.

Na czym polega odpowiedzialność byłych państw kolonialnych? Prof. Wojciech Roszkowski przypomina, że przez dziesięciolecia podziały kastowe w Rwandzie podsycali belgijscy kolonialiści. – Nakręcali konflikt między Hutu i Tutsi, kierując się zasadą „dziel i rządź”. Podobną politykę stosowali także inni kolonialiści, licząc na rozegranie podziałów plemiennych po swojej myśli – mówi.

Belgowie przepisywali Tutsi niemal boskie pochodzenie. Mierzyli mieszkańcom Rwandy wzrost, nosy i oceniali według skali kolor skóry. Przynależność do danego klanu wpisywali do dowodu osobistego. Gdy w Rwandzie rozpoczęło się ludobójstwo, Belgia wolała jednak wycofać swoje siły pokojowe pod pretekstem zamordowania belgijskiej ochrony premiera tego kraju.

Według wielu badaczy Francja wspierała w rwandyjskim konflikcie Hutu. Francja jako jeden z niewielu krajów zdecydowała się na interwencję militarną w Rwandzie. Oficjalnie chodziło jej o utworzenie specjalnej strefy bezpieczeństwa dla prześladowanych tubylców. Nieoficjalnie mówi się, że głównym celem Francji było umożliwienie ewakuacji Hutu do Zairu.

W 2003 roku niepodległa Rwanda zerwała stosunki dyplomatyczne z Francją. Jednocześnie określiła byłego prezydenta Francji Françoisa Mitterranda mianem „człowieka odgrywającego jedną z najważniejszych ról w umożliwieniu ludobójstwa”. Teorii tłumaczących, dlaczego Mitterand wspierał Hutu, jest wiele. Jedna z nich opiera się na sympatiach personalnych. Syn prezydenta Francji Jean-Christophe Mitterand przyjaźnił się z Jean-Pierrem Habyarimaną z Rwandy, również synem prezydenta.

Wiktor Ferfecki

– Belgowie nakręcali konflikt między Hutu i Tutsi, kierując się zasadą „dziel i rządź” – mówi prof. Wojciech Roszkowski.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Merkel,Holland pora na rachunek…zapomniane ludobójstwo, czyli co Niemcy ,i nie tylko robili w Afryce

  1. Wizja pisze:

    No i jeszcze takie drobne ” zabiegi ” Niemiec wobec Grecji :
    ” Interesujący mechanizm współczesnego neokolonializmu ……….cd ”
    Zwięzły materiał Gadającego Grzyba na http://naszeblogi.pl/57166-niemcy-pasozyt-europy pod jednoznacznym tytułem „Niemcy – pasożyt Europy” ;
    Warto przeczytać żeby nie utknąć w złudzeniach .

    Lubię

  2. Wizja pisze:

    Wracają kontrole na granicach >
    ………….godnie z komunikatem resortu spraw zagranicznych, Polacy w trakcie przekraczania granicy będą musieli znów okazywać dokumenty potwierdzające tożsamość i obywatelstwo. Posiadanie dowodu osobistego lub paszportu na granicy związane jest z przywróceniem kontroli przez niemieckie władze. Zgodnie z treścią Kodeksu Granicznego Schengen, czasowe przywrócenie kontroli na granicy możliwe jest w szczególnych sytuacjach, związanych z zagrożeniem bezpieczeństwa publicznego. Wiadomo już, że zawieszony został ruch kolejowy między Niemcami i Austrią, a funkcjonariusze policji i służb postawieni są w stan podwyższonej gotowości……………cd
    http://niezalezna.pl/70864-bez-paszportu-lub-dowodu-nie-wyjedziesz-wracaja-kontrole-na-g
    ………teraz to chyba pójdzie ” po całości ” UE

    Lubię

  3. Wizja pisze:

    A tu bardzo ” zasłużony ” dla pamięci historycznej Gross > zionie sprawdzonym jadem

    ” Wywołany na łamach niemieckiej prasy temat, stał się dla Jana Tomasza Grossa okazją do bezpardonowego ataku na Polaków. „To ohydne oblicze pochodzi z czasów nazistowskich” – krytykując wszelkie formy sprzeciwu wobec przyjmowania kolejnych grup imigrantów…………”
    http://niezalezna.pl/70865-gross-obraza-polakow-ohydne-oblicze-pochodzi-z-czasow-nazisto
    …………jakiś rodzaj terapii pomoże temu gościowi ..? może ergoterapia w komfortowym odosobnieniu ;

    Lubię

  4. Wizja pisze:

    Za śmierć 3-latka – którego zdjęcie zbulwersowało świat , odpowiada jego ojciec :
    .” szokujące szczegóły ujawniła agencja Reuter. „Ojciec zmarłego Aylana współpracował z przemytnikami ludzi i to on sterował łodzią, która przewróciła się, kiedy ludzie próbowali nią dopłynąć do Grecji. Tak mówią inni pasażerowie, którzy znajdowali się na pokładzie, zaprzeczając słowom samego Abdullaha Kurdiego” – czytamy w depeszy……………cd
    http://niezalezna.pl/70859-dlatego-utonal-syryjski-chlopiec-za-jego-smierc-odpowiada-ojciec
    …………nic nie jest takie , jakie się na pozór wydaje > powiadają często ludzie

    Lubię

  5. Wizja pisze:

    Wielkie firmy epatują hojnością na rzecz uchodźców :

    .” Po kilka milionów dolarów dają największe firmy świata na pomoc dla uchodźców. Pieniądze przekazały mi.n.Google, Goldman Sachs czy Audi.

    Zarząd Google poinformował, że przekaże organizacjom pomocowym, wspierającym uchodźców 1,1 mln USD. Jeszcze hojniejszy okazał się bank Goldman Sachs, który przelał 3 mln USD na konto biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR).

    Środki te zostaną spożytkowane na zapewnienie „bieżącej pomocy humanitarnej” migrantom przybywającym do Europy z ogarniętych konfliktami zbrojnymi krajów na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej…………………cd
    http://www.biztok.pl/gospodarka/jak-firmy-pomagaja-uchodzcom-korporacje-zarabiaja-miliar
    ……… te sumy nie powalają , pytanie jeszcze , jaki procent skonsumuje obsługa tych ” organizacji pomocowych ” ;

    Lubię

  6. Wizja pisze:

    Rozmowa z Selimem Chazbijewiczem na temat uchodźców > Tatarzy w Polsce są raczej na ” nie”
    …..Czy myśli pan, że uchodźcy, którzy przyjeżdżają do Europy, zasymilują się podobnie jak zrobili to Tatarzy?

    Nie liczyłbym na to. Wystarczy spojrzeć na to, co już od lat dzieje się za Odrą. Oczywiście teraz, w sytuacji zagrożenia, ci ludzie będą w stanie obiecać wszystko. Ale nie należy się łudzić, że nastąpi pełna asymilacja, bo nas dzieli kulturowa przepaść. W Europie panuje lęk przed islamem i funkcjonuje wiele mitów związanych z muzułmanami, ale po drugiej stronie jest to samo. W literaturze antyeuropejskiej czy antychrześcijańskiej również powtarza się bzdury, które sprawiają, że ci ludzie mają prawo bać się Europejczyków. Przykład? Kilka dni temu media podały, że uchodźcy nie chcą przyjmować od Węgrów jedzenia. To dlatego, że istnieje takie przekonanie, że Europejczycy do wszystkiego dodają wieprzowinę, nawet do wody. A islam zakazuje jedzenia świń. Więc uchodźcy boją się, że popełnią grzech i odmawiają przyjmowania posiłków…………cd
    http://fakty.interia.pl/tylko-u-nas/news-selim-chazbijewicz-tatarzy-wielokrotnie-przelewali-kre

    Lubię

Możliwość komentowania jest wyłączona.